Przysłowia są mądrością narodu… a stereotypy bywają krzywdzące.

Blisko połowa naszych rodaków przyznaje, że samochód stanowi dla nich wyznacznik statusu społecznego. Przy wyborze zwracamy uwagę nie tylko na cenę, parametry czy wygląd, ale myślimy również o tym, co nasz samochód powie innym o nas samych. W ten sposób marka i model stają się istotnym dopełnieniem naszej osobowości, wyznacznikiem prestiżu – naszą wizytówką na czterech kołach, za pomocą której możemy przedstawić się jako miłośnicy komfortu, nowoczesności czy szybkiej jazdy. I tak Mercedes pozostaje synonimem komfortu, Volvo wyznacznikiem komfortu, a Skoda postrzegana jest jako auto rodzinne, po które równie chętnie sięgają przedstawiciele handlowi. Na początku 2020 roku EFL przeprowadziło badanie w formie internetowej ankiety, w której poprosili respondentów o wskazanie maksymalnie trzech marek, które kojarzą im się z konkretną cechą: niezawodnością, bezpieczeństwem, elegancją, komfortem, szybką jazdą, nowoczesnością, rodziną i autem służbowym. Wyniki raczej nie zaskoczyły:

 

Rodacy zdradzili również z czym kojarzą im się poszczególne marki samochodów. Nadal panuje przekonanie, że niemieckie samochody są prestiżowe, komfortowe oraz naj, naj. Z kolei japońskie auta w przekonaniu ankietowanych się nie psują. A jak wypada na ich tle reszta? W naszym społeczeństwie wciąż krąży stwierdzenie jakoby „Ford był gówno wort, a Fiat to jego brat”, natomiast starosłowiańskie powiedzenie, które mówi: „Nigdy nie kupuj samochodów na F: Forda, Fiata i francuskich” nie traci na sile i prestiżu. To stara prawda ludowa, przekazywana z ojca na syna. Motoryzacja ciągle ewoluuje, ale raczej nie w głowach większości polskich konsumentów. Stereotypy w naszym narodzie wciąż mają się dobrze. Oczywiście nie wzięły się one znikąd. Być może dzisiejszy rynek samochodowy ulega coraz większej homogenizacji, ale na swoją opinię poszczególne marki pracowały latami. Nasz rodak zawsze był, jest i będzie niezadowolony więc lubi krytykować. Nieprawda? No to popatrzcie na internetowe fora, które aż kipią od negatywów, frustracji i agresji. Albo posłuchajcie samych siebie – i ja również w tym przypadku biję się w pierś i z pewnością nie rzucę pierwszy kamieniem. Zatem jak jest w mojej ocenie z tymi spychanymi na margines samochodami na “F”? FAN-TA-STY-CZNIE!

“F” jak fajne:

Jakie były samochody, powiedzmy, 10-20 lat temu? Racja, nie wszystko szło dobrze. Zdarzała się rdza i liczne awarie, bo technologie – zwłaszcza te oparte o rozwijającą się elektronikę – wciąż raczkowały. Ówczesne “Francuzy”, wyszydzany Ford czy w końcu także Fiat – były delikatne. Wytrzymywały jednak o wiele więcej niż zakładał producent, który nie przewidział w jakich warunkach będą one eksploatowane, tym bardziej w tak specyficznych okolicznościach przyrody jak w Polsce. Zimowe kąpiele solne, oraz dziury w asfalcie jak po bombardowaniu, tasiemcowe korki…

Samochody, nawet te teoretycznie najbardziej solidne, lubiły się psuć na naszych drogach. Celowo użyłem czasu przeszłego, bo pora spojrzeć prawdzie w oczy i zmierzyć się z legendą lichych aut na “F”. Zerknijcie sobie chociażby w ostatnie raporty Dekry.

W przeszłości auta z włoskim rodowodem znajdowały się na szarym końcu tego typu zestawień, co oznaczało “attenzione, te to się dopiero psują!”. Takie modele jak Punto (I i II generacji), Bravo/Brava czy Stilo uznawano je za niepewne, ale były dużo tańsze od konkurentów, tym bardziej na rynku aut używanych. Tu na pewno każdy zaprzysięgły miłośnik motoryzacyjnej włoszczyzny przerwie lekturę, żeby głośno zaprzeczyć. Przecież tyle tych aut wciąż jeździ po drogach. Wiele z nich ma na liczniku grubo ponad 200 tys. km. Może i się trochę psują, ale części są relatywnie tanie i w ogólnym rozrachunku wcale nie są drastycznie gorsze od innych. Weźmy takie Fiaty, które wydają się długowieczne, a zdarzające się awarie można szybko i przede wszystkim tanio naprawić. A czy to nie Fiat dawał swego czasu 9 letnią gwarancję na perforację nadwozia? A co słychać u nowych generacje Fiatów? Cóż, wszystko wskazuje na to, że w dziedzinie bezawaryjności producent poprawił wyniki i to o kilka długości, no chyba że to konkurencja obniżyła loty…

Idziemy dalej: można również przytoczyć argument, że marki “na F” budują tanio, a więc muszą oszczędzać na technologiach. Hmmm. W 1997 roku Włosi jako pierwsi na świecie zaprezentowali samochód osobowy wyposażony w silnik wysokoprężny z wtryskami typu common rail (tzw. Multijet). Tym samym o kilka miesięcy wyprzedzili Mercedesa i o całą dekadę grupę Volkswagena. Silniki z tamtych lat (nie tylko te z common rail) są cenione po dziś dzień, a ich użytkownicy i to ci poruszający się po polskich drogach i w polskich realiach (czytaj. “my ze szwagrem…”, “jeździ to jeździ – po co wymieniać”, “olej to się wymienia, ale po frytkach”) twierdzą, że są trudne do zajeżdżenia. To dorzucę tutaj jeszcze opracowane przez Włochów MultiAir, czy Twin Air, wywołam do tablicy Francuzów i ich hydropneumatyczne zawieszenia oraz silniki, dodam strefy kontrolowanego zgniotu od Renault, a z fordowskiej listy wybiorę ich zawieszenia. Jak to, francuskie silniki? Ano świetne właściwości silników HDi zadecydowały o tym, że francuskie diesla trafiały lub trafiają pod maski Fordów, BMW, MINI, Volvo, Jaguarów, Land Roverów, czy Toyoty, natomiast Renault oprócz powszechnie znanej kooperacji z Nissanem, współpracowało swego czasu również chociażby z Mercedesem. No i to co tygryski lubią najbardziej: Francja = hot hatch’e.

Nie mówcie mi proszę, że auta francuskie nie mają polotu. “Francja elegancja” wciąż aktualne!

Trochę historii

Francuska rewolucja w motoryzacyjnym świecie? => LINK

Starczy tych francuskich ochów i achów. Czy jest na sali jakiś przedstawiciel Forda? 

Nie samymi hot hatch’ami człowiek przecież żyje:

Ale jak to, że niby Mondeo? Hmmm, zastanówmy się przez chwilę przez ile lat ten model stawiał dzielnie czoła głównie niemieckiej konkurencji i jak bardzo dostępnymi są jego ostatnie wydania, nie wspominając już o taxi hicie importowym w postaci wersji hybrydowej. Dobrze, zgodzę się, że w tym przypadku mowa o wersjach oferowanych na rynku amerykańskim, które po epizodzie ubezpieczeniowym hurtowo wypełniają kontenery i docierają ostatecznie na nasze drogi (ale wcześniej jeszcze do naszych blacharzy i lakierników). Skoro już o kraju Myszki Mickey mowa, to nie sposób nie wspomnieć o Fordzie F150, który dla Amerykanów znaczy więcej, niż McDonald. 

Zatem, Rodacy! Sabo! Nie idźcie tą drogą! Nie powielajcie stereotypów i nie szerzcie herezji. Poza tym, litera “F” w motoryzacji to także Ferrari (a propos o rywalizacji Ford v Ferrari przeczytasz tutaj -> LINK ), Fisker no i … FSO