Piaskiem po oczach.

Lista rzeczy, które irytują mnie na polskich drogach (i poboczach) jest dłuższa niż kolejka po karpia przed Świętami. Jeśli czas i zdrowie pozwolą, to postaram się #odczasudoczasu trochę pomarudzić w tej kwestii. A że obecna rzeczywistość i świat pogrążony w ogniu pandemii nie nastrajają optymizmem, to i ja popadam powoli w stan podwyższonego zrzędzenia i negatywnych myśli. Zatem przejdźmy od słów do… no w sumie dalszych słów i pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi doświadczeniami w kwestii przewożenia nieodpowiednio zabezpieczonych ładunków oraz braku chlapaczy na wyposażeniu aut. 

Nie dalej jak 2 lata temu, w dniu poprzedzającym Wigilię, spotkała mnie pewna przykra i niebezpieczna sytuacja drogowa. Wracając do domu trasą szybkiego ruchu (trasa wylotowa z Bydgoszczy na Gdańsk), gdzie niestety brakuje jakiegokolwiek oświetlenia, a “ścieżka” otoczona jest lasami (i to bez żadnych ekranów, czy siatek zabezpieczających) byłem uczestnikiem incydentu drogowego. Finał zdarzenia, po wykręceniu “bączka” i obrocie auta o 180 stopni zakończył się na szczęście na niegroźnej w skutkach wizycie w przydrożnym rowie. Jadąc zgodnie z przepisami (owszem, zdarza mi się), i mając na uwadze możliwość wtargnięcia na jezdnię zwierzaka z pobliskich lasów wykazywałem się wzmożoną koncentracją. I być może właśnie dzięki niej uniknąłem poważniejszego w skutkach zdarzenia, gdyż nagle ukazały się przed moim pojazdem rozrzucone na jezdni drewniane bale! (jeśli ktoś z Was widział film “Oszukać przeznaczenie 2 ” – to właśnie o takich kłodach piszę).

Jeśli dodam do tego fakt, iż poruszałem się samochodem wówczas prawie pełnoletnim, niewyposażonym w najnowsze rozwiązania techniczne w dziedzinie oświetlenia, to nie trzeba być Sherlockiem aby wywnioskować, że czas na reakcję liczony był w milisekundach. Odruchowa reakcja kierownicą i ucieczka na lewy pas w połączeniu z wytrąceniem prędkości + podatność na przechylenia tego typu nadwozia skutkowały zatańczeniem na jezdni, obrotem wokół własnej osi, kontrą w moim wykonaniu i ostatecznie wizytą na zalegającej na poboczu hałdzie piachu.

Nie otarłem się o żaden inny pojazd, udało się ominąć leżące na jezdni drewno, nie uszkodziłem swojego pojazdu poza oponami, które na skutek piruetów zsunęły się z felg. Inni uczestnicy ruchu nie mieli jednak tyle szczęścia co ja, gdyż po opuszczeniu pojazdu i wezwaniu odpowiednich służb okazało się, że kilkadziesiąt metrów przede mną doszło do poważnego karambolu. Oprócz drewnianych kłód na jezdni rozrzucone były również choinki, a dla osób biorących udział w opisanym zdarzeniu z pewnością nie były one symbolem wesołych Świąt…

Dlaczego o tym piszę teraz i co ma wnieść przedstawiona powyżej sytuacja?

Za każdym razem kiedy poruszam się za samochodem wiozącym towar mam z tyłu głowy to zdarzenie. Automatycznie staram się zachować nie tylko bezpieczną odległość za tym pojazdem, ale zwracam uwagę czy towar przypadkiem nie próbuje uciec z naczepy. I zgadnijcie jaki jest często rezultat? Pomimo dzielącej nas odległości często dostaję rykoszetem: a to kamykami, a to jakąś cieczą itp. itd. (na szczęście drewno, gruz, złom i inne większe gabaryty od tamtej pory mnie omijają).

Przyczyny takiego stanu rzeczy? W moim odczuciu:

  1. Stan techniczny pojazdów oraz naczep/zabudowy (również ich wiek)
  2. Stan nawierzchni
  3. Lekkomyślność
  4. Przeciążenie pojazdów
  5. Niewłaściwe zabezpieczenie towaru
  6. Ułańska fantazja kierowcy (w zasadzie patrz punkt 2)

… i kiedy tak z napięciem spoglądam na załadunek pojazdu mnie poprzedzającego, to nie zauważam jak w tym samym czasie, spod jego kół, wystrzeliwują w moim kierunku drobne kamienie i piasek… No tak – czy ktoś jeszcze w dzisiejszych czasach zwraca uwagę na stan, bądź w ogóle obecność chlapaczy?