O tuningowych stylach, które zaszły za daleko.

Niezaprzeczalnym faktem jest, iż istnieją ‘gustowne’, czy profesjonalne sposoby zmodyfikowania swojego pojazdu  (przynajmniej chciałbym w taki stan rzeczy wierzyć). Problem w tym, że dla jednej osoby profesjonalnie oznacza DIY, dla drugiej – przekazanie swojego auta w ręce krzesającego iskry i rzucającego mięsem szwagra, a dla innej zlecenie modyfikacji firmom z tejże branży. Przy czym w przypadku tego ostatniego rozwiązania lista możliwych scenariuszy jest długa i nie daje gwarancji zadowolenia. Modyfikacjom poddawane są silniki, elektronika, układy wydechowe, układy chłodzenia, zawieszenia itp. itd., ale także elementy karoserii, wnętrza, audio, oświetlenie, szyby, felgi … i tak można by wymieniać. Ot kwestia pomysłów i zasobności portfela. Rynek tuningowy jest bez wątpienia bardzo ciekawy – w miejscu gdzie producenci się zatrzymują w celu uzyskania balansu pomiędzy kosztem a osiągami, tuning pozwala wykrzesać więcej, odkryć drzemiący w autach potencjał, ale jednocześnie może też przybrać formy wręcz karykaturalne. I takim właśnie formom samochodowej ekspresji chciałbym poświęcić ten wpis (równocześnie zapraszam do wcześniejszego artykułu w tejże tematyce LINK a także zapoznania się z Bosozoku). 

Lowriders

To jedno z tych zjawisk, które osiągnęło już chyba swój punkt szczytowy i musi się po prostu zatrzymać. Lowriders były pierwotnie klasyfikowane jako pojazdy obniżane względem oryginału wyjeżdżającego z fabryki, ale szybko nurt ten rozwinął się w kierunku hydraulicznych zawieszeń, które wręcz umożliwiają samochodom wykonywanie akrobatycznych podskoków. Oderwanie jednego koła od ziemi nie jest w tej kulturze szczytem ekstrawagancji, stąd pomysły na niezależne unoszenie i opuszczanie przeciwległych kół, nie wspominając już o szczytowym “osiągnięciu” jakim jest uniesienie całej przedniej lub tylnej osi. Momentami może to przypominać konwulsje, zresztą sami oceńcie:

Idąc za ciosem użytkownicy/użyszkodnicy pickup’ów i aut z zabudową ingerują również w elementy nadwozia tworząc tym samym efekt sci-fi w postaci autobotów:

Hi-Risers / Donk

Z założenia są przeciwieństwem lowriders, natomiast w praktyce mają cechy wspólne, jak chociażby chromy, błyszczący i pomalowany aerografem lakier i oczywiście pierwiastek zwrócenia na siebie uwagi. Nurt ten powstał za wielką wodą, w kraju Myszki Mickey i w swojej tradycyjnej formie miał wykorzystywać głównie amerykańskie sedany, najlepiej z napędem na tylną oś, które następnie upodabniano do SUV’ów. Taki zestaw wyposażano w przesadnie wielkie, chromowane obręcze kół oraz inne świecidełka działające na sroki, poddając nadwozie modyfikacjom mającym na celu zmieszczenie w/w felg wraz z adekwatnymi dla nich oponami. Na pokładzie znajdziemy ogromne głośniki i niebywale hałaśliwe zestawy audio i często szytą na zamówienie tapicerkę. W rezultacie otrzymujesz nie do końca zdolny do poruszania się po drogach kredens, ze wszystkimi wadami SUVa – i gdzie tutaj logika?

Pod koniec lat 90. moda na Donks, zwane także Hi-riserami zaczęła rozprzestrzeniać się po Stanach Zjednoczonych, by wraz z rozwojem internetu przerodzić się w prawdziwe szaleństwo. Nietrudno się domyślić, że amerykańska megalomania sprawiła, że rozpoczął się prawdziwy wyścig projektowych zbrojeń, a prześwit – poszedł wysoko do góry. Cała ta rywalizacja sprawiła, że scena Hi-riserów zaczęła być w końcu postrzegana jako karykaturalny odłam motoryzacji. Dziś najbardziej zaawansowane projekty poruszają się na 36-calowych kołach, choć znany jest przypadek wozu, do którego zamontowano koła… 50 calowe. W tej branży przepych i przywiązanie do szczegółu jest bardzo ważne. Gablota musi lśnić jak miliony monet i reprezentować, bynajmniej nie biedę. 

Rat Style / Rost

Skoro o biedzie już mowa, to nie wypada mi nie wymienić nurtów, których nieodłącznym elementem jest rdza. Mowa o Rat i Rost – różnica między nimi jest dość subtelna: Rat (z ang. szczur) to odpychający wygląd z zewnątrz (nie zawsze też zgodny z oryginałem), w połączeniu z niskim zawieszeniem i podkręconym silnikiem (tutaj kanony uwzględniają również swap) i mechaniką na tip-top. Natomiast rost to celowe postarzanie auta, niekiedy wgniotki, celowy brak części, dużo rdzy oraz niezmieniona mechanika. Dzieła zniszczenia dopełniają różnego rodzaju dodatkowe gadżety umieszczone na niemal obowiązkowym bagażniku dachowym. Często są to dziecięce rowery, stare beczki, słomiane snopki, koła zapasowe, stare, tekturowe walizki – choć te akurat elementy przenikają się z wcześniej opisanym stylem Rat:

Wizje i fantazje właścicieli często przeradzają się w oblewanie karoserii chemią w celu jej dewastacji i wywołania sztucznego efektu rdzy. Brzmi sensownie…

Spotkałem się z takim stwierdzeniem, że celem jest aby auto wyglądało “wieśniacko” i pachniało rdzą, a paradoksalne w tym wszystkim jest to, iż to de facto “tuning” dla bogatych, gdyż biedni nie mają kasy by z dobrego auta zrobić gorszy złom.

I o ile rdza na autach typu VW Bulik, czy Garbus jakoś nie bije po oczach,

tak w przypadku innych aut … a zresztą sami oceńcie.

Nie wspominając już o weteranie z nadwoziem z tworzywa sztucznego:

Rice

Ten styl powraca jak bumerang, jak odrastająca głowa hydry. Kiedy wydaje się, że nastał wyczekiwany jego koniec, to niespodziewanie wyrasta spod ziemi (czytaj: garażu) i nie daje nam o sobie zapomnieć. Mowa o Race Inspired Cosmetic Extras – nie ma tutaj surowej definicji stylu, czy wiodącego nurtu, natomiast charakteryzuje się wyposażaniem (bo w wielu przypadkach nie można nawet użyć słowa modyfikacja) samochodów przeznaczonych na drogi publiczne w dodatki związane z motorsportem – często nie mając pojęcia do czego de facto one służą, nie wspominając już o wiedzy właściciela na temat istnienia lokalnych torów wyścigowych i wydarzeń związanych właśnie z motorsportem.

Do faworytów zaliczam: garażowe body kity, skrzydła, lotki, progi, wloty powietrza, końcówki wydechów, naklejki z nazwami firm związanych ze sportem, taśmy zabezpieczające, dekle i masę innych ozdób choinkowych jedynie nawiązujących do motorsportu. Do takiego stanu rzeczy przyczyniają się poniekąd filmy typu “Fast & Furious” rozbudzające kreatywność u osób, które w konsekwencji inwestują nie do końca przemyślanie i właściwie w swoje auta. Jak pisałem na wstępie: istnieją bardziej profesjonalne sposoby modyfikowania swoich zabawek, a RICE nie zalicza się do tego grona.

Stance (A.K.A. Oni-kyan)

W kraju kwitnącej wiśni znane jako Oni-kyan, ale dla szerszej publiczności funkcjonuje pod pojęciem ‘stance’. Czymże zatem jest ów styl modyfikacji aut? U podstawy leży ingerencja w zawieszenie tak aby stworzyć wrażenie przyklejenia się do nawierzchni, potocznie nazywanej “glebą”. Im niżej, tym w teorii lepiej, a i szerokość felgi z oponą ma tutaj znaczenie. Stąd jedną z cech charakterystycznych są wygięte koła i ocierające się o rant nieprzyzwoicie ponaciągane opony. Muszę jednak oddać z jakim pietyzmem zawodowcy w tej branży dbają o stan lakieru i ogólną prezencję pojazdów – stąd gwoli wyjaśnienia i dla pełnej jasności podpowiadam, iż wykonane perfekcyjnie i zgodnie ze sztuką modyfikacje, które jedynie w małym stopniu wpływają na użytkowość i bezpieczeństwo prowadzenia auta – są dla mnie akceptowalne. Nie potrafię natomiast zrozumieć scenariusza, w którym modyfikacjom poddawane są samochody uważane za dzieła inżynierii i przykłady świetnego prowadzenia, tudzież imponujące swoimi osiągami, czy rozwiązaniami technicznymi w celu de facto ograniczenia ich właściwości jezdnych. Weźmy dla przykładu Subaru WRX STI:

Od atlety do kaleki mającego problem z przejechaniem przez próg zwalniający (… z nadzieją, że zdjęcia oddają istotę sprawy … )

Idąc za ciosem, warto zaznaczyć iż ofiarą tego typu przeróbek może stać się praktycznie każde auto, co dla entuzjastów klasycznej chociażby motoryzacji zahacza o kryminał. Spora część naśladowców tego stylu niestety doprowadza swoje auta do stanu zagrażającemu bezpieczeństwu, idąc na skróty, bądź modyfikując je w ramach szczupłego budżetu. 

Lista grzechów w takich przypadkach może być naprawdę długa.

W pełni funkcjonalny ‘stance’, nie zagrażający zdrowiu i życiu użytkowników dróg i poboczy jest dla mnie akceptowalny. Jeśli profesjonalne obniżenie auta przełoży się na lepsze parametry jezdne, to nie wnoszę weta. Zawieszenie powietrzne może też dawać wymierne korzyści kiedy wykorzystywane jest w celu zapewnienia komfortu jazdy i zgodnie z jego założeniami. Ale wciąż z tyłu głowy mam pytanie: w jakim celu rujnować świetnie prowadzące się auta inwestując w to często pokaźne sumki? Jedyne wytłumaczenie znajduję w słowach klasyka:

Modyfikować każdy może,
Trochę lepiej, lub trochę gorzej,
Ale nie oto chodzi,
Jak co komu wychodzi.
Czasami człowiek musi,
Inaczej się udusi…