Kto cię tak urządził? – tym razem o dyskusyjnej sztuce i stylach przerabiania aut.

W jednym z wcześniejszych wpisów poświęciłem sporo uwagi japońskiemu zjawisku funkcjonującemu pod nazwą Bosozoku. Myślę, że przyszła najwyższa pora rozprawić się z innymi formami autoekspresji  (czytaj: das Tuning; тюнинг автомобиля; カーチューニング) i w kilku słowach zaprezentować Wam podstawowe kanony i style przerabiania (i często krzywdzenia) aut. Zatem spojlery baczność, wydechy włącz i ruszamy:

Stickerbomb

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że początki tego trendu są całkiem sensowne: jeśli ktoś używa swojego auta do driftu, to naturalnym jest, że na nadwoziu z czasem pojawiają się rozmaite rysy, wgniecenia i otarcia. “Drifterzy” zaczęli więc oblepiać swoje maszyny naklejkami, bo w zasadzie lepsza naklejka, niż rysa. A lakierować nie ma sensu, bo na którymś następnym treningu/zawodach i tak dojdzie do ponownego kontaktu z przeszkodą. Oczywiście z czasem tych naklejek zaczęło się robić sporo. I co bardziej agresywnie użytkowane auta miały całe elementy nadwozia pokryte naklejkami. Zyskało to nazwę stickerbomb. Z czasem drift stał się stosunkowo modny, a że spore grono chce upalać, a tylko nielicznych stać i de facto mają czym, więc ci bardziej zdesperowani zaczęli upodabniać swoje niedriftowalne przednionapędówki do wymarzonych, oblepionych naklejkami Nissanów S13, S14, Supr, BiEmDablju i innych aut RWD, miotających tyłkami jak szatan.

Doszło w końcu do tego, że nie trzeba już pracowicie nalepiać naklejka po naklejce, gdyż można kupić gotowe arkusze na metry, dodać rolkę taśmy i w garażowych warunkach przygotować sprzęt iście kaskaderski.

Stickerbomb zaczął się więc pojawiać na wszystkim, co ma koła i w wielu przypadkach szpecić auta swoim odpustowym i oczojebnym charakterem. Na dodatek choroba ta opanowała również wnętrza aut – kiedyś były blaszane dywaniki, dziś jest stickerbomb. 

Wlepki aka wlepersony

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, profesjonalni tunerzy (oraz ci mniej poważni) zaczęli stosować na autach tzw. “lista zakupów”, czyli naklejki z nazwami różnych firm produkujących części. Listy te umieszczali zazwyczaj na boku auta, tuż za przednim nadkolem.

O ile takie umiejscowienie naklejek z czasem się przejadło, o tyle robienie z tylnej szyby galerii naklejek z tej serii to oznaka stylu i szyku. Fakt, zmieniła się nieco treść naklejek: zamiast reklamować części, dziś nakleja się informację, jakim to indywidualistą jest je naklejający i jakże unikatowe jest jego auto. Nie przeszkadza im nawet fakt, że identyczne naklejki ma kilka milionów podobnych indywidualistów… słowem indywidualizm w dobie globalizmu.

Stance, gleba, hellaflush, cult

W zasadzie można by stwierdzić, że Stance Tuning to styl, który chyba ze wszystkich najmniej pasuje do polskich dróg (w sensie, do stanu polskich dróg – tak gwoli wyjaśnienia). Jeśli jesteście fanami nisko zawieszonych aut z pewnością odnajdziecie się w tym właśnie stylu, który dopiero raczkuje w Europie, a dość dobrze rozwinął się już w USA, Japonii czy Rosji (o zgrozo!). I tutaj Was zaskoczę: otóż kultura Stance jest mocno reprezentowana na wschodzie, bowiem Rosjanie posiadają jedne z najlepiej zmodyfikowanych samochodów jeśli chodzi o ten odłam sceny tuningowej. Głowne założenia na jakich opiera się Stance to niskie (czasem niewyobrażalnie niskie) zawieszenie, szerokie koła z oponami o niewielkim profilu, które są dość mocno naciągnięte na felgę oraz często, choć nie zawsze spotykany negatyw tylnych kół (co z kolei budzi wiele kontrowersji, gdyż często koła pochylone są w sposób trudny do wyjaśnienia). Rodzi się zatem pytanie ‘czy i jak to w ogóle jeździ?’. Na szczęście istnieją też powściągliwi reprezentanci tego gatunku i to właśnie ich auta skupiają największą uwagę, tym bardziej, że w parze ze wspomnianymi przeróbkami inwestują również okrutne sumy pieniędzy w perfekcyjny lakier.

Owszem, zarówno pochylanie kół, jak i obniżanie samochodu może poprawić jego prowadzenie, ale tylko, jeśli pochylenie wynosi nie więcej, niż kilka stopni, jest wykonane przez specjalistyczne firmy przy użyciu odpowiedniego sprzętu i właściwej weryfikacji technicznej, a obniżenie nie sprawia, że arkusz kartonu na asfalcie staje się przeszkodą nie do przebrnięcia.

Cult to określenie dla modyfikowania oldtimera, tudzież youngtimer’a poprzez dodawanie chromowanych elementów, obniżenie zawieszenia i montaż oryginalnych felg o niespotykanych na co dzień wzorach. Co niektórzy wybitni przedstawiciele tej koncepcji specjalnie smarują elementy karoserii chemikaliami, gdyż rdza wydaje im się taka cool (czytaj: kultowa), do tego montują felgi o wzorach pasujących wyłącznie do starych modeli.

Nie zawsze myślenie, że jest nisko, to znaczy, że jest sportowo i fajnie wygląda jest właściwym kierunkiem. W celu odbycia terapii i wyleczenia z tego poglądu, zapraszam takie auta i ich kierowników na dowolny KJS. (i zabierzcie ze sobą kilka kompletów opon, bo może się okazać, że auta mają problem z powolną jazdą nawet po gładkich drogach i drą opony jak wściekłe). Pewne pozory sensu są zachowane, jeśli auto ma air-ride, bo wtedy można je podnieść i odjechać, ale pytanie w takim razie, po co je w ogóle obniżać? I tak oto powstaje przysłowiowe “zamknięte koło”. 

Okej, żeby nie było: w Polsce kultura stance’u i cult’u dopiero raczkuje, a na przestrzeni ostatnich latach powstały imprezy typu ‘vag event’, ‘race1sm’ czy ‘tdi’ (tanidrift) – zresztą materiały z tych wydarzeń, dla pewnego balansu, są dostępne również na tym blogu: LINK

We wszystkim musi być umiar – ot taka puenta. Natomiast w kolejnym przypadku wypadałoby po prostu zgasić światło: DONK

Donk wywodzi się z Stanów Zjednoczonych, a przeróbki pole­gają tutaj na wło­że­niu do samo­cho­du kary­ka­tu­ral­nie wiel­kich felg: 22 czy nawet 30 cali w aucie oso­bo­wym! W ten spo­sób prze­ra­bia się zarów­no nowe, jak i kla­sycz­ne ame­ry­kań­skie mode­le samo­cho­dów. Podob­nie jak w przypadku japońskiego Bosozoku, styl bie­rze tutaj górę nad użytecznością. Do tego typowo odpustowo i kiczowato oklejone nadwozie (a w wielu przypadkach nawet nałożenie tandetnego lakieru) i …

Pseudo JDM

Początki były w miarę sensowne. Sprowadzano z Japonii części, które na naszym kontynencie nie były powszechnie dostępne, ale potem zaczęła się era sprowadzania japońskich świecidełek, zderzaków, gałek zmiany biegów itp. i wraz z nią wysyp gadżetów w stylu JDM, tyle, że made in China. JDM-owe nakładki na pedały, JDM-owe nakrętki na koła, JDM-owe korki chłodnicy, JDM-owe dywaniki. Wszystko aż po JDM-owe naklejki.  W skrócie, bo szkoda na to czasu, trend zaczął się delikatnie zmodyfikowanymi autami z przyzwoitymi osiągami, a skończył się na autach z dołożonymi tandetnymi detalami, w nadwoziu oblepionym naklejkami “JDM as f***k”, z żółtymi halogenami i kolorowymi nakrętkami na chińskich felgach. Na dokładkę żółto zielone “soshinoya” – dla większości posiadaczy tej naklejki jest to symbol JDMu, podczas gdy dla Japończyków jest to oznaczenie niedoświadczonego kierowcy. 

soshinoya

 

A jeśli dodam, że istnieją również entuzjaści mieszania w/w stylów i tworzenia prawdziwych koktajli Mołotowa…

… to ciąg dalszy być może nastąpi po uporaniu się z reakcją gastryczną wywołaną pisaniem o tych tworach domowej inżynierii.

P.S. Dla jasności: nie neguję i nie podważam sensu takich zabaw, aczkolwiek widzę potrzebę umiaru i konieczność postawienia pewnej granicy. Każdy z wyżej wymienionych stylów ma również grono swoich zwolenników i skupia prawdziwych pasjonatów, dzięki którym powstają naprawdę ciekawe projekty. Jak to mawiał pewien filozof: “trzeba oddzielić ziarno od plew”.