Dlaczego SUVy w mojej ocenie zabijają motoryzację.

SUVy – Sport utility vehicle,  czyli wg. Wikipedii:  rodzaj samochodu, który łączy cechy samochodu osobowego i terenowego. SUV od samochodu terenowego różni się tym, że może, ale nie musi, radzić sobie w terenie i zawsze zapewnia wyższy komfort podróżowania niż spartańsko wyposażone i czasem twardo zawieszone auta terenowe, jak np. Land Rover Defender. Wraz z biegiem lat społeczność zaczęła oczekiwać od SUV-ów coraz większej funkcjonalności. Samochody te zwykle zapewniają komfort podróżowania i dobre osiągi, łącząc cechy kompaktu, terenówki i minivana.                                                             

Wikipedia okazuje się w tym przypadku na tyle miła, że zaraz za tą definicją czai się akapit pod tytułem:

Etymologia

Rozpowszechnione w Polsce dosłowne tłumaczenie terminu Sport Utility Vehicle jako “samochód sportowo-użytkowy” jest błędne. Nie chodzi bowiem o połączenie cech samochodu sportowego (np. Toyota GT86) i użytkowego (np. VW Transporter), lecz jest to marketingowe określenie samochodu, który jest z założenia przeznaczony do aktywnego stylu życia, dla osób uprawiających różne formy sportu i aktywnego wypoczynku na łonie natury (np. polowanie, wędkowanie).

Jak to zwykła mówić pewna przesympatyczna znana mi babcia:

“jak coś jest do wszystkiego – to jest do niczego!”

W moim odczuciu mamy tutaj klasyczny przykład psychologii tłumu (nie używając stwierdzenia “stado baranów” – upsss, czy ja to naprawdę napisałem?).

Otóż Intensywne akcje marketingowe, wpajanie i narzucanie konsumentowi swojej przynoszącej zyski wizji rynku motoryzacyjnego zdominowanego przez tego typu pojazdy, kampanie reklamowe mające na celu wydrenowanie kieszeni klienta, podprogowy przekaz: “sąsiad już takiego ma” i “duży może więcej” oraz inne akcje kreujące popyt i nadmuchujące balon pod tytułem sprzedaż SUV’ów powodują, że konsumenci coraz częściej nie kierują się rozsądkiem, marzeniami, wrażeniami z jazdy, pięknem stylistyki nadwozia, rozwiązaniami technicznymi, czy WŁAŚCIWOŚCIAMI JEZDNYMI danego pojazdu i dołączają do chocholego tańca. To z kolei wpływa na słabnące zainteresowanie autami  innych segmentów, co przekłada się na wycofywanie z rynku kolejnych modeli aut typu sedan, kombi, minivan… 

Rozłóżmy zatem SUV’a na czynniki pierwsze:

  • Auto sportowe – tiaaa, chyba tylko jeśli wybierzemy SUV’a w kolorze czerwonym (kiepski żart prowadzącego). Myślę, że w tej kategorii nie muszę się za bardzo rozpisywać aby uzmysłowić Wam różnice pomiędzy autem sportowym, a tym uzurpatorem. 
  • Auto terenowe – może z pierwotnego założenia: kiedyś, gdzieś tam za daleką wodą (skąd zresztą SUVy przywędrowały) lubiący luksus i wszystko co duże Amerykanie doposażyli terenówkę w skórzaną tapicerkę, a skoro miało być miękko jak w fotelu, to wywalili do tego ramę samonośną, gwintowane zawieszenie, wstawili coś z założenia przypominające podwyższony zawias, dołożyli elektronikę i parę kilogramów gruzu (czyt. ciężaru) i uznali, że stworzyli pojazd zdolny pokonać teren (czyt. krawężniki pod marketem). I tak z biegiem czasu właściwości off-road’owe zanikały i w drodze przyspieszonej ewolucji obecnie SUV’om bliżej do aut luksusowych, niż do swojego pierwowzoru. Nie oszukujmy się, SUV nie jest autem terenowym, to fanaberia przeganiać opasłego i często drogiego SUVa po górkach i lasach – to się robi tylko dla widzów programów motoryzacyjnych… SUV zjeżdża z asfaltu tak często, jak łysy czesze sobie przedziałek . Dla mnie punktem demarkacyjnym pomiędzy terenówką, a SUV’em jest Jeep Cherokee. Kropka. 
  • Auto luksusowe – jeśli klient wysupła dodatkowe 50% ceny wersji podstawowej (na której de facto producent i tak zarabia całkiem sporo), to za cenę dobrze wyposażonego, praktycznego, rodzinnego VAN’a i małego zwinnego hothatcha w pakiecie – otrzyma ociekającego tłuszczem, paliwożernego i obwieszonego złotymi łańcuchami ostentacyjnie przemieszczającego się “SUVa” (a propos, czy w tym skrócie nie zabrakło litery L jak luksus, bądź limuzyna?). A żeby tego tłuścioszka turlać po drodze, to trzeba mu zapewnić odpowiednią ilość koników pod maską i słusznych rozmiarów silnik co by je tam pomieścił. A żeby do tego sprostać przepisom dotyczącym emisji spalin, to trzeba to zrobić kosztem aut z innych segmentów. Ot luksus posiadania SUV’a… najlepiej z szoferem!
  •  Auto rodzinne – uwaga: walory praktyczne poszukiwane. Wersje 7-osobowe to żart, a żaden z producentów w folderach reklamowych nie zamieszcza gwiazdki z dopiskiem “prawie” (a jak wiemy “prawie” robi wielką różnicę). Zatem aby SUV mógł pomieścić 3 rząd pełnowymiarowych siedzeń, to musi jeszcze bardziej urosnąć i przybrać na wadze. No i robi się poważnie. Stanę tutaj w obronie van’ów/eurovan’ów/minivan’ów – nie znam bardziej praktycznego i uniwersalnego środka transportu dla rodziny. Jeśli pogodzimy się z brakiem emocji za kółkiem, a docenimy wygodę podczas długodystansowych podróży – to tego typu auta nie mają sobie równych. To może SUV vs. kombi, bo przecież to takie audi avant, czy bmw touring na sterydach… Serio?!
  • Auto miejskie – zwinne, oszczędne, łatwe w manewrowaniu, czyli jednym słowem SUV. Nic dodać, nic ująć.                                                                                                                                                     

Z każdym kolejnym zdaniem odnoszę wrażenie, że poświęciłem SUV’om już wystarczająco dużo czasu i ciepłych słów. Zatem pora na podsumowanie, a zarazem brutalną prawdę: SUV’y systematycznie wykańczają swoich kuzynów z innych segmentów. Producenci lansują tego typu pojazdy, gdyż na nich zarabiają najwięcej, stąd wmawiają nam ich walory użytkowe i wpychają je do naszych garaży, tudzież wypełniają nimi miejsca parkingowe. Przeciętny użytkownik SUV’a nie mieszka daleko poza miastem, nie użytkuje go w ciężkim terenie, nie wykorzystuje go w sporcie, nie wozi pracowników w dalekie trasy, nie wozi go szofer, w pogodne dni nie jeździ z odkrytym dachem, nie załaduje towaru na pakę, nie pojeździ nim na taksówce, nie pokona zwinnie zakrętów… i nigdy nie będzie miał samochodu pięknego i z charakterem.   

Problem w tym, że SUV’y są po prostu plastyczne i wciąż starają się dostosowywać i wchłaniać rynek.

Wersja coupe? Nie ma problemu, ciach i nazwijmy go sportback.

Potrzeba więcej mocy do zdobycia odznaki króla prostej? Wypuśćmy wersję RS.

Sama prosta to za mało? Sięgnij zatem jeszcze głębiej do kieszeni i zapraszamy do salonu Lamborghini, Porsche, Aston Martin i wkrótce Ferrari.

Jednak za duży do miasta? Pomniejszymy w Paint’cie i jest crossover.

Nie ma miejsca z tyłu? Rozciągnijmy do wersji Allspace.

Za mały bagażnik? Dorzućmy kufer na dach w specjalnej, limitowanej wersji – i tak to kiosk ruchu na kołach.

Za mały prestiż? Większe ekrany dotykowe, logo na fotelach plus parę dodatkowych szwów, dorzućmy bodykit, większy grill i ostentacyjne obręcze kół.

Wincyj słońca, wincyj wiatru we włosach! Damy radę:

 .. no nie tym razem, aczkolwiek to nie było ostatnie zdanie w kwestii kabrio:

SUV’y w moich oczach są trochę jak wirus: szybko się rozprzestrzeniają, zarażają ludzi, a tym zarażonym trudno jest się pozbyć choroby. Ten wirus rozpoczął już zbieranie kolejnego żniwa w postaci uśmiercania ikon motoryzacji, jak na przykład Ford’a Mustang’a. Tak, kolejne jego wcielenie będzie SUV’em i to w dodatku elektrycznym!

Pozostawiam Wam puentę we własnym zakresie